Ta strona używa plików Cookies. Korzystanie z niej oznacza zgodę na używanie Cookies, zgodnie z ustawieniami swojej przeglądarki. Dowiedz się więcej

PRZEKRÓJ, NR 16 /3121/

Jaś Mela – zdobywca

Kibicowaliśmy mu w wyprawach na oba bieguny. Stał się wzorem nie tylko dla niepełnosprawnych

Na drzwiach pokoju Jasia Meli, 16-latka z Malborka, wisi żółty znak drogowy: „Uwaga! Niedźwiedzie!”. Przywiózł go ze Spitsbergenu, norweskiej wyspy na Morzu Arktycznym. – Wszędzie jest ich tam pełno i mieszkańcy muszą chodzić z bronią – tłumaczy. Takiego samego niedźwiedzia na drzwiach ma w biurze Marek Kamiński, polarnik, który pomógł chłopcu w ubiegłym roku zdobyć dwa bieguny Ziemi. Dzięki temu Jaś dostał pieniądze od sponsorów na protezy ręki i nogi, które stracił po porażeniu prądem. Stał się sławny. Dał ludziom nadzieję, że nie ma sytuacji beznadziejnych. Mimo woli został bohaterem i idolem. Miły, sympatyczny, przystojny. Na głowie ma imponująco długiego jeża. W drodze z biegunów polarnicy chcieli mu zrobić przyjemność i specjalnie dla niego kupili w Amsterdamie mocny żel do włosów.

Piszą o nim portale internetowe: szkolne, geograficzne i religijne, dla kobiet, farmaceutów i ministrantów. Nastoletni fani zakładają poświęcone mu strony i wymieniają informacje o muzyce, której słucha. Dostaje dziesiątki listów. Rozkłada je na łóżku i odpisuje przy szkolnym biurku.

Urszula Mela, matka Jasia, narzeka: - Poczta e-mailowa już dawno się zapchała. Może to dobrze. Nastolatki pisały: „Jasiu jesteś śliczny, chciałabym się z Tobą spotkać. To nic, że nie masz rączki i nóżki”.

CIESZYĆ SIĘ KAŻDYM DNIEM

Dom Melów stoi na końcu ulicy, ostatni w szeregu niskich, zadbanych willi. Wygląda jak mieszkanie wycięte z bloku i rzucone na trawnik na przedmieściach Malborka. Z szarych ścian wystają zardzewiałe pręty.

Rodzice Jasia mają około czterdziestki. Urszula jest psychologiem w poradni dla trudnych dzieci. Drobna, w okularach, z płomiennoruda czupryną. Bogdan bez powodzenia prowadził firmę handlującą sprzętem komputerowym, w końcu ją zamknął i zajął się własnymi dziećmi. Gdy rozmawiamy, co chwila zagląda do pokoju 9-letniej Dorotki i 12-letniej Agatki. W Polowie lat 90. wpadli w długi. Nie mieli na rachunki za prąd. Groziło im, że będą siedzieć po ciemku. W styczniu 1997 roku była mroźna zima. Dogrzewali się elektryczną farelka. O czwartej w nocy zapaliła się od niej szafa. Spłonął cały dom. – Nie zostało nic oprócz kilku nadpalonych książek. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało. Pomyślałam, że nic złego nie powinno nas już spotkać – mówi Urszula.

Był 24 lipca 2002 r. Jaś miał 13 lat. Poszedł na plac zabaw. Zaczęło padać, schował się z kolegą pod daszek transformatora. Drzwiczki były otwarte, wszedł głębiej. Przez całe ciało od lewej nogi do prawej ręki przeszedł prąd o napięciu 15 tysięcy wolt. Lekarze na pogotowiu zdejmowali mu lewy but i spodnie razem ze spaloną skórą. – To cud, że przeżył – uważa Urszula. Prąd mógł uszkodzić serce, wątrobę, nerki. Ale nie uszkodził. Lekarze ze szpitala w Gdańsku dzień po dniu po kawałku wycinali martwe ciało na nodze i ręce. Robili, co mogli, aby ocalić jak najwięcej.

- Nabraliśmy nadziei. Ale szybko przyszło zwątpienie. 15 sierpnia było święto Matki Boskiej Zielnej. Opatrunek zmieniono dzień później. Wdała się gangrena. Trzeba było wybierać: ręka i noga albo śmierć – wspomina Urszula. Najbardziej ją zdziwiło, że Jaś był świadomy, co mu groziło. Cieszył się, że żyje. Urszula dziękowała Bogu, że udało się ocalić jego bark. Inaczej nie byłoby do czego przyczepić protezy.

Narodowy Fundusz Zdrowia kupił dla Jasia protezę za 900 złotych. Miała sztywną stopę i paski, którymi przywiązuje się ją do kikuta. Kuśtykał, ale nie mógł chodzić. Sprężyste protezy z ruchomą stopą kosztują nawet 30 tysięcy złotych. Najlepsze protezy ręki – do 45 tysięcy. - Pojechałem do przedstawiciela dużej niemieckiej firmy, która je produkuje. zapytali, skąd wezmę pieniądze – opowiada Bogdan Mela.

SZYBCIEJ! SZYBCIEJ! NA BIEGUN!

- To było przeznaczenie – mówi Marek Kamiński o tym, jak zdecydował, że pomoże Jasiowi. W 1995 roku jako pierwszy Polak zdobył oba bieguny. Zastanawiał się właśnie nad kolejną wyprawa. Miało to być coś szalonego. W gabinecie na tablicy powiesił kartki z pomysłami: Kosmos, Wyprawa do Wnętrza Ziemi, Podróż na Górze Lodowej, Zielone Piekło, Zaginiony Świat.

Przyszedł do niego Artur Matys, wydawca książek i kolega Urszuli z liceum. Powiedział, że Jaś potrzebuje pieniędzy na nową rękę i nogę. Kamiński dopisał na tablicy: Wyprawa z Jasiem. - To był normalny chłopak. Kopał piłkę i grał na komputerze. Nie interesował się podróżami. Ale sam zadecydował. Rodzice dali mu wolną rękę – twierdzi Wojciech Ostrowski, operator filmowy i towarzysz wypraw Kamińskiego, który przyjaźni się z Melami. Żona Ostrowskiego Natalia pożyczyła od Kamińskiego filmy przyrodnicze dla Jasia, aby nie nudził się w czasie rehabilitacji. - Zaczęliśmy się zastanawiać: przepłynąć Kaszuby kajakiem, wejść na Rysy lub Mont Blanc. Plany były coraz śmielsze. Zdecydowaliśmy się iść na biegun, bo to jest symbol – mówi Kamiński. Przez kolejne miesiące duże i małe firmy odmawiały sponsorowania. Wszystko się zmieniło, gdy Skandynawskie Laboratorium Ortopedyczne – SOL, szwedzka firma, która ma przedstawicielstwo w Łodzi – zgodziło się za darmo zrobić Jasiowi nową rękę i nogę. Ostrowski sfilmował kolejne przymiarki. Właściciel firmy ze skupieniem zakłada Jasiowi protezę nogi. Ten niepewnie stawia pierwsze kroki. – Szybciej, szybciej – woła Szwed. Jaś zaczyna chodzić, a potem biec i podskakiwać. Jest szczęśliwy, śmieje się.

- Teraz na protezach mogą dać napis: „Testowane w warunkach polarnych” – żartuje Ostrowski. Zanim wyruszyli na biegun północny, w kwietniu 2004 roku zatrzymali się w Spitsbergenie. Szalał sztorm, sypał śnieg. Na Wielkanoc zaginął Adam Kieres, polarnik, który pomagał Kamińskiemu w pierwszych wyprawach.- Obok nas przeszła śmierć. Ryzykowałem wszystko. Gdyby Jasiowi coś się stało, spadłoby to na mnie – mówi Kamiński. Przypomniał sobie, jak lekarka zajmująca się rehabilitacją Jasia nie chciała brać udziału w przygotowaniach do wyprawy. Uważała ja za zbyt niebezpieczną.

Gdy ruszyli na biegun po krze, było pełno szczelin i spiętrzeń. – Przewracaliśmy się co krok. Może po 50 razy dziennie. Bałem się, że Jaś coś złamie – mówi Kamiński. Do ostatniego dnia nie byli pewni, czy dojdą. W dzień się zbliżali, a nocą oddalali, bo wiał wiatr i kra dryfowała w przeciwnym kierunku.

Wyprawę relacjonowała telewizja TVN. Widzowie mogli wysyłać SMS-y. Uzbierano w ten sposób pieniądze na protezy dla 65 niepełnosprawnych osób.

W grudniu 2004 roku postanowili iść za ciosem. Wybrali się na biegun południowy. W drodze spędzili Wigilię, specjalne życzenia dostali od Jana Pawła II. Biegun zdobyli w sylwestra. - Z daleka widać było wielką, ciemną kopułę z tytanu na biegunie. Pod nią jest amerykańska stacja – opowiada Jaś. – W pobliżu czekał już reporter z TVP. Przyleciał samolotem i chciał zrobić z nami wywiad. Ostrzegaliśmy go, że na Antarktydzie jest wysoko, około trzech tysięcy metrów, i nie powinien biegać. Ale nie słuchał. Gdy zaczął mówić do mikrofonu, przewrócił się i zemdlał. Odnieśli go, a potem odleciał.

Po powrocie Jasia telewizja wkroczyła do jego domu. Budziła go ze snu wycelowana kamera. – Nie myślałem, że to, co na ekranie, jest takie sztuczne. Mówili nam: „Zachowujcie się, jakby nas nie było”. A potem kazali mi pięć razy wchodzić do pokoju z talerzem jedzenia – dziwi się Jaś.

JESTEM BOHATEREM, TO ŁATWEZostał honorowym obywatelem Malborka. Otrzymuje zaproszenia do kol ejnych miast. Rodzice musieli się zmienić w jego menedżerów. Wrócił właśnie z Nowego Jorku. Był na dorocznym balu Explorer Club (Klubu Odkrywców) w ekskluzywnym hotelu Waldorf Astoria.

- Było dziwnie, bo średnia wieku wahała się około 75 lat. Zobaczyłem, że aby zostać odkrywcą, trzeba mieć pieniądze. Choć milioner Steve Rosset, który obleciał w balonie cały świat, był w porządku – mówi.

Najbardziej zawiodła go Statua Wolności. – Taka zgniłozielona kobieta z książką i pochodnią – uważa. W następnym tygodniu ma jechać do Madrytu. Gania po domu z Miśkiem, śnieżnobiałym psem podbiegunowej rasy husky, którego dostał w swojej szkole. Artur Matys ma nadzieję, że Jaś poradzi sobie, gdy zapomną o nim media. Opowiada, jak zaczepił go kiedyś starszy mężczyzna po zawale. Szedł na operację serca. Nie bał się, bo dzięki Jasiowi uwierzył, że wszystko jest możliwe.

Niedawno Jasia zaproszono do radiowej „Trójki” na promocję książki niepełnosprawnego Rosjanina Rubena Gallego „Białe na czarnym”. Opisuje, jak wychowywał się w radzieckich sierocińcach: „Jestem bohaterem. To łatwe. Jeśli nie masz rąk albo nóg, jesteś bohaterem albo trupem. Po prostu nie mam innego wyjścia”.

Czy dla Jasia byłoby lepiej, gdyby prąd go nie poraził i to wszystko się nie zdarzyło? Sam nie potrafi na to odpowiedzieć.

MICHAŁ MATYS